Ufff, wszyscy śledzący wyścig Grand Prix Kanady F1 w Montrealu mogą odetchnąć z ulgą. Robert Kubica wykorzystał już chyba limit pecha w tym sezonie, choć z drugiej strony można też mówić o wielkim szczęściu, że nic mu się nie stało. Szczerze mówiąc widząc wypadek, mimowolnie przypomniał mi się wyścig w San Marino na torze Imola z 1994, kiedy Ayrton Senna miał dużo mniej szczęścia. Też oglądałem wówczas ten wyścig na żywo w TV i pamiętam spekulacje komentatorów czy może poruszał głową po wypadku, czy może wyjdzie z tego. Niestety tak się nie stało.
Senna zginął tak naprawdę nie od samego zderzenia ze ścianą, ale w wyniku rozbicia czaszki przez fragment zawieszenia koła, które się urwało. W przypadku Kubicy urwały się trzy koła i mnóstwo innych części. Obawiałem się, że silne uderzenie w kask którejś z nich mogło mieć fatalne skutki. Trzeba też przyznać, że wiele zrobiono w sprawie bezpieczeństwa samochodów Formuły 1 w ciągu tych kilkunastu lat. Dwa lata temu byłem w Science Museum w Londynie (gorąco polecam!) i widziałem wystawiony tam zniszczony samochód Miki Häkkinena, który rozbił się przy prędkości 207 mph (333 km/h), a kierowca wyszedł bez szwanku. Podpis, jakże adekwatny, brzmiał „Najbezpieczniejszy samochód świata”. Oby tak pozostało.

