Z przyjemnością przetestowałem nowy widok dostępny dla użytkowników map Google. Produkt nazywa się „Street View” i oferuje coś, co można nazwać ekstremalnym powiększeniem. Zamiast symbolicznej mapki z zarysem ulic i budynków możemy obejrzeć faktyczne zdjęcia z wybranego miejsca, tak jakbyśmy poruszali się po mieście. Nowość ta została zaprezentowana dzisiaj na konferencji Where 2.0 organizowanej przez wydawnictwo O'Reilly.
Idea dokładnego obfotografowania miasta nie jest tak nowa. Pamiętam, że już w 2005 roku wyszukiwarka A9 oferowała podobny produkt. Niemniej był on niedopracowany, a A9 najwyraźniej popadło w niełaskę i dzisiaj jest tylko metawyszukiwarką opartą m.in. o Live Search (MSN). Jeszcze wcześniej, w 2004 roku, kilku studentów znamienitego Uniwersytetu Stanforda zaczęło pracować nad projektem CityBlock. Jak wiele rzeczy powstałych na tej uczelni, idea była genialnie prosta i użyteczna: montujemy aparat fotograficzny lub kamerę na samochodzie prostopadle do kierunku jazdy, laser do pomiaru odległości, włączamy nagrywanie i jedziemy na przejażdżkę po mieście. Z powstałych obrazów montujemy ciągłą „wstęgę” reprezentującą jedną stronę ulicy dokonując niezbędnych korekt perspektywy i rozmycia przejść między klatkami. Przy użyciu sprytnego oprogramowania i dużych zapasów paliwa możemy w ten sposób obfotografować całe miasto.
Wyszukiwarki są idealnym miejscem, gdzie taki produkt będzie użyteczny. Głównym zastosowaniem jest możliwość wcześniejszego obejrzenia miejsca dokąd zmierzamy. Na przykład możemy sprawdzić czy przed wybranym sklepem są miejsca do parkowania. Albo możemy wizualnie zapamiętać wygląd frontu budynku, aby na miejscu już nie błądzić (przydatne dla osób z pamięcią wzrokową). Co ciekawe, funkcja ta może się też przydać nawet gdy nigdy nie zamierzamy odwiedzić oglądanych miejsc. Na przykład kupując online od mniej znanych dostawców nie mamy często pewności czy to firma godna zaufania, czy może jej działalność jest nie do końca uczciwa. Dysponując adresem firmy możemy sprawdzić czy faktycznie znajduje się pod podanym adresem i jak wygląda jej siedziba. Może to niewiele, ale lepsze niż nic.
W czerwcu 2005 roku, po tym jak A9 udostępniło swoją wersję ulicznych fotek, Google zainteresowało się wsparciem projektu studentów ze Stanford; wszak dwaj założyciele firmy studiowali na tej właśnie uczelni. W tym czasie pracowałem w Google i miałem okazję poznać trochę szczegółów na temat profesjonalnej wersji CityBlock. Trzeba było przede wszystkim rozwinąć system tak, aby dał się zastosować na szeroką skalę, a nie tylko jako bardzo ograniczony projekt studencki. Zastosowano oczywiście dużo lepsze aparaty, dodano GPS i mnóstwo sprzętu do gromadzenia danych. Jednym z ubocznych skutków tego przeładowania elektroniką był problem z przeciążeniem alternatora, który nie był przewidziany do zasilania tylu urządzeń. Należy też pamiętać o aspektach praktycznych – nie ma możliwości aby twórcy objechali samodzielnie wszystkie miasta. System musi być na tyle niezawodny i bezobsługowy, że wystarczy wynająć kierowcę, dać mu plan miasta z zaznaczonym kursem i zebrać wyniki na koniec. Częstym problemem hobbistycznie rozwijanych systemów jest duża zawodność. Projekt nie rozwijał się w zawrotnym tempie, ale zaprezentowany dzisiaj efekt końcowy wydaje się wart dwuletniego oczekiwania.
Dużą niespodzianką jest przede wszystkim możliwość dowolnego obracania widoku i rozglądania się wokół z dowolnego punktu. Wcześniejsze projekty skupiały się na prezentacji wąskiego paska wystaw po obu stronach ulicy. Drugą rzeczą budzącą szacunek jest świetny interfejs stworzony przez Google. Oczywiście tradycyjnie mamy tutaj dużo AJAX-a, ale główny widok jest już zrobiony we Flashu. Nie ucieszy to z pewnością użytkowników platform, na których nie jest dostępna ta wtyczka, niemniej jednak trudno sobie wyobrazić wykonanie tak zaawansowanego projektu wyłącznie w HTML/JavaScript. Do nawigacji możemy korzystać z myszki lub klawiatury. Po trzecie, jakość fotografii jest niesamowita, jest dostępnych kilka stopni powiększenia i bez problemu możemy poczytać napisy na znakach czy rozpoznać twarze przechodniów.
Ciekawostką jest też nawiązanie do nazwy „CityBlock”, czyli oryginalnego projektu studenckiego ze Stanford. Jeśli przyjrzeć się do jakich URL-i odwołuje się Street View, łatwo zauważyć adres cbk0.google.com. „cbk” jest oczywiście skrótem od „CityBlock”.
Z przyjemnością ponownie odwiedziłem miejsca w San Francisco, które miałem okazję obejrzeć na żywo dwa lata temu, na przykład charakterystyczną „pokręconą” ulicę Lombard Street (serpentyny są niezbędne do pokonania dużej pochyłości terenu w tej części SF). Oto odsyłacz do wersji z Google Street View, a poniżej moje zdjęcie z tego samego miejsca:
A teraz kilka słów o problemach ze Street View:
- Jak na razie dostępnych jest kilka miast w USA, czekamy na więcej!
- Tak dokładne fotografie mogą być przyczyną niecodziennych procesów sądowych. Na przykład, żona może dostrzec męża z kochanką na ulicy – i mamy sprawę rozwodową w oparciu o mapy Google. Choć teoretycznie poruszając się w miejscu publicznym zgadzamy się w domyśle na udostępnianie swojego wizerunku, w konkretnych przypadkach wielu ludzi może mieć poważne zarzuty wobec Google o naruszenie ich prywatności.
- Wspomniany już problem z dostępnością wtyczki Flash – trudny do ominięcia.
Jak zobaczyć Street View? Trzeba dodać parametr &gl=us do
istniejącego URL-a Google Maps. Oto bezpośredni odsyłacz.
Warto też rzucić okiem na oficjalną
stronę pomocy. Poniżej zamieszczam filmik pokazujący działanie usługi na
przykładzie.
Aktualizacja: Philipp Lenssen opublikował ciekawą galerię Street View.


